foto00 foto01 foto02 foto03 foto04 foto05 foto06 foto07 foto08 foto09 foto12 foto13 foto14

URZĄD MIEJSKI W DĄBIU

Plac Mickiewicza 1
62-660 Dąbie
pow. kolski, woj. wielkopolskie
Tel. 63 2710073
fax. 632710086

poprzedni miesiąc następny miesiąc
pn wt śr czw pt so nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Wydrukuj stronę Poleć znajomemu
x

Zapraszam do obejrzenia strony
Przebieg zbrodni - Były niemiecki Obóz Zagłady w Chełmnie nad Nerem - Kulmhof am Ner - Pozostałe - Urząd Miejski w Dąbiu nad Nerem.

 

Pobierz PDF

Przebieg zbrodni

 

Do Chełmna nad Nerem kierowano Żydów głównie z gett utworzonych w Kraju Warty obiecując im pracę na terenie Niemiec (przeważnie w Lipsku i Monachium), a obóz przedstawiano jako punkt tranzytowy w drodze do Rzeszy.

Shmuel Krakowski, ocalały więzień łódzkiego getta wspomina, że w listopadzie 1940 r. w getcie opublikowano ogłoszenie o rejestracji zdrowych i silnych mężczyzn do pracy poza gettem. Napisano w nim, że ci, którzy zgłoszą się do pracy dostaną wyżywienie i nocleg, a zarobione przez nich pieniądze otrzyma pozostała w getcie rodzina. I pieniądze rzeczywiście przychodziły, dlatego wielu decydowało się na wyjazd dobrowolnie. Kiedy w marcu 1942 trwała deportacja z łódzkiego getta nikt nie wiedział, że ludzie są wywożeni do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem. W pierwszej kolejności przeznaczono do deportacji tych, którzy otrzymywali wynagrodzenie za pracę synów lub mężów poza gettem.

W początkowym okresie istnienia obozu przybyłych na miejsce ludzi kierowano do pałacu w Chełmnie. Na placu przed pałacem do więźniów przemawiał przedstawiciel Sonderkommando Kulmhof (na ogół był to komendant obozu Johann Bothmann). Mówił, że zostaną skierowani do pracy w fabrykach zbrojeniowych i przy obudowie zbombardowanych miast na terenie Rzeszy. Przed podróżą ich odzież będzie jednak poddana dezynfekcji, a oni sami odbędą kąpiel w pałacowej łaźni. Zdarzało się, że przemówienia te brzmiały tak przekonująco, że przyszłe ofiary nagradzały je okrzykami na cześć Niemiec. Nic nie zapowiadało tragedii: uczynni SS-mani pomagali matkom z małymi dziećmi przy wysiadaniu z samochodów (bywało, że angażował się w to nawet komendant), a w przebieralni zawsze było ciepło (w dwóch stojących tam piecach w okresie grzewczym palono na okrągło). Rozebrane ofiary w większości zaopatrzone w przywiezione przez siebie mydła i ręczniki zapędzano następnie przez pałacowe piwnice wprost do mobilnych komór gazowych. Służące do tego celu ciężarówki posiadały układ wydechowy skonstruowany tak, że spaliny przedostawały się bezpośrednio do wnętrza tej części pojazdu, do której kierowane były ofiary. Na wyposażeniu obozu znajdowały się trzy ciężarówki tego typu. Z czasem jeden z samochodów zaczęto wykorzystywać do dezynfekowania (za pomocą siarki) odzieży ofiar. W lesie rzuchowskim, w odległości 4 km od pałacu znajdował się Waldlager tzw. (obóz leśny). Były tam trzy polany, na których wykopano masowe groby, a z czasem wybudowano krematoria.

… Od kilku do kilkunastu osób z każdego transportu pisało pod przymusem listy do swoich rodzin donoszące, że wywiezieni znajdują się w Lipsku lub w Monachium, powodzi im się dobrze i mają kontakt z innymi Żydami. Piszące listy ofiary były odłączane od transportów i rozstrzeliwane w lesie rzuchowskim.

Niektórych silnych mężczyzn oddzielano od reszty ofiar i zmuszano do pracy przy obsłudze obozu w Hauskommando bądź Waldkommando. Hauskommando zajmowało się sortowaniem odzieży i bagaży pomordowanych. Działało w pospiechu, tak by nowoprzybyłe ofiary nie widziały przedmiotów pozostawionych przez ludzi z poprzednich transportów.

W Waldkommando kilkudziesięciu zakutych w łańcuchy nożne więźniów pracowało przy grzebaniu zwłok. Często zdarzało się, że ludzie ci tracili psychiczną i fizyczną zdolność do pracy już po kilku dniach. Wtedy komendant obozu rysował im na plecach ołówkiem czerwony krzyż. Był to znak dla załogi wartowniczej, że trzeba ich zastrzelić, gdyż nie nadają się już do pracy. Zdarzało się, że ci ludzie grzebali swoje rodziny, znajomych, sąsiadów … Michał Podchlebnik wspominał, że kiedy z jednego z aut, które przyjechało do lasu wyrzucono zwłoki jego żony i dwojga małych dzieci, położył się obok nich i chciał żeby go zastrzelono. SS-mani zapędzili go jednak do dalszej pracy… Praca więźniów w Waldkommando była szczególnie ciężka zimą. Heinz May, niemiecki nadleśniczy z czasów wojny wspomina o relacji jednego z członków załogi byłego obozu, Willi Lenza (szefa Waldkommando). Opowiedział on, że w czasie pierwszej, ostrej zimy w obozie (na terenie lasu rzuchowskiego) nie było żadnej koparki ani motoru, a ziemia była zamarznięta. Chorych na tyfus plamisty nie można było użyć do wyładowywania zwłok, bo byli za słabi. Zapędzono więc do tej pracy chłopców w wieku od 14 do 16 lat. Żeby nie przenosić choroby zmuszono ich do pracy bez ubrania w dwudziestostopniowym mrozie. Przy otwieraniu samochodów na wpół zmarznięci chłopcy, wchodzili do środka i kładli się na ciepłych jeszcze zwłokach, by choć trochę się ogrzać, lecz Lenz i inni SS-mani wyganiali ich stamtąd kijami.

Początkowo ciała ofiar grzebano w lesie rzuchowskim w płytkich, podłużnych mogiłach, lecz latem 1942r., z uwagi na postępującą fermentację zwłok, groźbę epidemii (w okolicy pojawiły się pierwsze przypadki tyfusu) oraz obawę ujawnienia miejsca zbrodni, przerwano przyjmowanie transportów i przystąpiono do organizacji procesu palenia ciał. Zwłoki wydobyte z masowych grobów oraz ciała nowych ofiar wrzucano do płonących bez przerwy ognisk. Później wybudowano dwa prowizoryczne piece krematoryjne. Kości ofiar tłuczono ubijakami na cementowym fundamencie, tak by nie można było poznać, że są to kości ludzkie. Popiół wymieszany z odłamkami kości ładowano następnie do worków uszytych z koców przywiezionych przez Żydów z transportów. Część rozrzucano wokół obozu i sadzono w tych miejscach las, część zaś wywożono nocami i wrzucano do płynącej nieopodal rzeki Ner i do Warty w okolicach młyna na Zawadkach niedaleko Powiercia. Nad całą okolicą miesiącami unosił się straszliwy odór wyczuwalny w promieniu kilkunastu kilometrów przy silniej wiejącym wietrze.

W drugim okresie funkcjonowania obozu mordowano już tylko w lesie rzuchowskim. Wybudowano tam wówczas dwa baraki, z których jeden służył jako rozbieralnia ofiar, zaś w drugim, mniejszym magazynowano pozostawione przez Żydów ubrania i bagaże. Przewożono je później do Chełmna, gdzie więźniowie z Hauskommando rewidowali je. W czasie nasilenia transportów do celów eksterminacji Niemcy zaczęli wykorzystywać kościół katolicki w Chełmnie. Przetrzymywano w nim Żydów oczekujących na śmierć. Podobną rolę spełniała wówczas synagoga w Kole oraz młyn w Zawadce niedaleko Powiercia.

 - abram.jpg

Tablice upamiętniające uciekiniera z obozu - Abrama Roja
oraz członków rodzin Frajlichów i Rojów z Izbicy Kujawskiej,
którzy zginęli w Chełmnie nad Nerem

W lecie 1944r. Niemcy przystąpili do ostatecznej likwidacji obozu. Przeprowadzali ją Żydzi z Waldkommando. Rozebrano piece krematoryjne i baraki, zniwelowano teren, na którym mieścił się „obóz leśny”. W nocy z 17 na 18 stycznia 1945r. uciekająca przez wojskami radzieckimi załoga obozu postanowiła pozbyć się ostatnich świadków zbrodni. Kilkudziesięciu ludzi (byli wśród nich rzemieślnicy: szewcy i krawcy, którzy pracowali dla załogi obozu i niemieckich władz zarządzających łódzkim gettem oraz członkowie Hauskommando i Waldkommando), którzy przebywali w pałacowym spichlerzu postanowiono rozstrzelać. Po rozpoczęciu egzekucji więźniowie podnieśli jednak bunt i Niemcy budynek podpalili. Wszystkich, którzy w nim zostali spalono żywcem…

Marzena Stańczyk
INFORMATOR
PROJEKT I HOSTING: INTERmedi@ | ZARZĄDZANE PRZEZ: CMS - SPI
Poprawny HTML 4.01 Transitional Poprawny arkusz CSS Poprawne kodowanie UTF-8 Strona zgodna z WCAG 2.0 AA
Niniejszy serwis internetowy stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Informacja na temat celu ich przechowywania i sposobu zarządzania znajduje się w Polityce prywatności.
Jeżeli nie wyrażasz zgody na zapisywanie informacji zawartych w plikach cookies - zmień ustawienia swojej przeglądarki.